W komnacie panował
nieprzyjemny chłód oraz brak niezbędnego powietrza. Nie było okien przez, które
mogłoby ono wpadać do pomieszczenia. Było go zdecydowanie za mało dla Vanessy.
Po miesiącu przebywania w piwniczych korytarzach dziewczyny płuca przyzwyczaiły
się. Nie sądziła, że to możliwe. Obecnie nie potrzebowała zbyt wiele, by żyć.
Jeden posiłek na tydzień oraz codziennie jedna szklanka wody. Tyle Vanessa
potrzebowała do przeżycia. Jej głównym źródłem życia stała się krew ofiar. Wiedziała,
że z każdym mijającym miesiącem będzie potrzebowała jej coraz to więcej.
Jej źródła otaczały
ją ze wszystkich stron. Ludzie, zwani przez dziewczynę kontenerami , chodziły
na ogół samotnie po korytarzach, przemieszczając się z pokoi do pokoju. Była to
łatwa zdobycz. Wiedziała, że to na pewno za sprawą Marshalla, który zabronił
chodzić w parach. Nie wspominając o grupowych przechadzkach.
To dobry pomysł, aby
służbą byli ludzie – pomyślała, któregoś dnia, rozkoszując się aromatycznym
zapachem słodko – kwaśnej, ludzkiej krwi.
Przez cały tydzień
nastolatka zachodziła w głowę, jak krwiodawcy oddychają. Odpowiedź otrzymała po
dwóch tygodniach. Ukryła się zza rogiem ściany i obserwowała jak jej ofiara
upada na podłogę atakowana przez falę kaszlu, która rosła z każdą sekundą.
Kaszlała własną krwią, co podsyciło apetyt Vanessy.
Człowiek był
dwudziestoletnim chłopakiem. Codziennie rano przynosił do pokoju Vanessy świeżą
i wypraną pościel, a starą zabierał do prania. Zawsze witał ją ciepłym
uśmiechem. Jego oczy zdradzały jego chęć do życia. Wierzył, że dzięki tej pracy
zarobi odpowiednio, aby było go stać na leki dla ciężko chorej siostry. Ufał
swojemu pracodawcy. Był nieświadomy, że znalazł się w klatce zgłodniałych lwów.
Ludzka naiwność potrafi zgubić.
Nie wytrzymała
dłużej Vanessa i podeszła do niego ochoczo. Stanęła tuż nad nim. Zastanawiała
się jak bardzo może go boleć. Nie. Nie było czasu na rozkoszowanie się bólem.
Trzeba korzystać póki krew jeszcze świeża.
Chłopak na widok
znajomej twarzy uśmiechnął się, po czym znów zwrócił głowę do ziemi i wykaszlał
kolejną porcję bordowej krwi. Vanessie podobała się jego wiara w dobroduszność
nieznajomych mu osób.
- Pomóż mi… duszno…
tak strasz….- ponowna fala kaszlu zaatakowała chłopaka nim zdążyła dokończyć
swoje błagania.
Jeremiasz, tak miał
na imię. Przypomniała sobie na dźwięk jego głosu. Dziewczyna postanowiła zabawić się ze swoją
zdobyczą. Uwielbiała sprawiać ból, ale jeszcze bardziej wolała widzieć naiwność
i nadzieje w oczach ludzi.
- Co cię boli
koteczku? - spytała z udawaną, matczyną
troską w głosie.
- T-tutaj… - chłopak wskazał
na klatkę piersiową, po czym runął na ziemię. Kaszel, nie. Krzyk bólu, opanował
całego Jeremiasza.
- Nie martw się. Za
chwilę przestanie – odparła dziewczyna wyciągając swoją bladą i kościstą dłoń w
stronę chłopaka.
Dzisiejszego dnia nie
ukryła swoich czarnych paznokci pod rękawiczkami. Chłopak jednak nie zwrócił na
nie uwagi. Nie zauważył również jej czerwonych ślepi. Widział jej złudną
dobroć.
Mężczyznę nie trzeba
było prosić drugi raz. Wyciągnął swoją prawą dłoń w jej stronę. Na jego twarzy
pojawił się grymas bólu. Zacisnął zęby i chwycił dłoń swojej wybawicielki
najmocniej jak potrafił.
- Dobrze. Dzielny
jesteś kwiatuszku.
Vanessa owinęła
swoją dłoń wokół jego, z siłą węża boa. Mężczyzna cicho westchnął, lecz nie
rozluźnił uścisku. Podciągnęła go do góry. Jeremiasz wydał z siebie głośny
krzyk.
Tak cholernie musi
go boleć – pomyślała dziewczyna z uśmiechem na ustach.
Chłopak stojąc na
nogach, podtrzymywany za obie ręce, rękoma dziewczyny – jak szmaciana lalka
zemdlał w ułamku sekundy.
Dziewczyna
zawiedzona podsunęła go pod ścianę. Jego nogi przyblokowała swoim kolanem,
natomiast ręce przytrzymała swoimi. Czekała aż się ocuci. Wiedziała, że
niebawem to nastąpi. Po niecałej minucie
z ust mężczyzny wydobył się kaszel, którym to pobrudził górę bluzki dziewczyny.
Miała szczęście, że nikt nie kręcił się dzisiejszego dnia korytarzami.
- Aniołku! Nie
umieraj! – zawołała, gdy ten otworzył oczy. Na ustach chłopaka pojawił się radosny
uśmiech, zaraz po tych samych ustach spłynęła płynna strużka apetycznej krwi.
Dość tego. Czas na
obiad – pomyślała zniecierpliwiona.
- Wij się z bólu,
krzycz, ale nie uciekaj. Pamiętaj, znajdę cię jeżeli uciekniesz i ukarzę –
zagrzmiała srogo dziewczyna. Zamieniając swój słodki głos, na grobowy i chłodny
ton. Jej zatroskane oczy zapłonęły z pragnienia, a czułe usta ukazały ostrą
parę kieł.
- C-co to?! Kim ty… -
Chłopak nie zdążył dokończyć, gdy wtem Vanessa wbiła w sam środek jego tętnicy
swoje kły. Krew ofiary kapała po jej brodzie, na podłogę.
Mężczyzna starał się
odepchnąć ją, lecz był zbyt słaby. Vanessę nawet to lekko rozbawiło. Cieszyła
się że jej ofiara chodź trochę z nią powalczy. To było całkiem interesujące i
podsycało jej pragnienie. Chłopak zaczął robić się coraz chłodniejszy. Czuła to
doskonale. Wiedząc, że odchodzi oderwała się od niego, by szepnąć mu do ucha:
- Miłego dnia
Jeremiaszu – po tych słowach wyrwała ze wściekłością lwa skórę mężczyzny z jego
prawej strony szyi, po czym łapczywym językiem zaczęła zlizywać krew z jego
odsłoniętych żył tętniczych. Była taka pyszna. Niczym woda dla spragnionego. W następnej
kolejności swoją prawą dłoń przyłożyła do wciąż bijącego pospiesznie serca, po czym
wbiła swoje pazury pod skórę mężczyzny, by wyrwać wściekle je z klatki piersiowej.
Jeszcze przez moment tętniło życiem w jej dłoniach, po czym zamarło w bez ruchu.
Zjadła je łapczywie z wielkim apetytem. Jej oczy z kolei zapłonęły czerwienią.
Jeremiasz nie zdążył
nawet krzyknąć. Opadł po całym spektaklu na ziemię. Vanessa stanęła nad nim i
cmoknęła, wracając do swojego dawnego ludzkiego wyglądu. Jej kły były znów niewidoczne,
wróciły łagodne, czekoladowe oczy, a bladość na jej twarzy ukryły rumieńce,
które pojawiły się na policzkach.
- Zobacz jak
nabrudziłeś. Suzanne będzie musiała teraz to wszystko posprzątać. Niedobrze –
odparła, po czym oddaliła się od mężczyzny chwiejnym krokiem. Zbyt duża ilość
krwi w jej organizmie wywołała u zawroty głowy. Było to jednak mimo wszystko
przyjemne uczucie. Nareszcie nie czuła ścisku oraz suchości w swoim gardle. Jej
ciało nie pulsowało już na zapach krwi, pozostało spokojne. Przynajmniej do
następnego dnia., którego to znów poczuła znajome pragnienie i zapach unoszący
się w powietrzu. Dopiero teraz dotarł do niej sens braku okien. Cały aromat
uleciałby wtedy przez okno. To smutna i ponura myśl. Natomiast teraz mogła
delektować się w samotności pyszną zdradziecką wonią. Czując, że nie wytrzyma
dłużej wyszła ze swojego spokoju.
Za następnym skrętem
dojrzała sprzątaczkę ze ścierką w dłoni. Przecierała zakurzone obrazy. Na widok
dziewczyny uśmiechnęła się radośnie.
- Witam Panienkę! –
pomachała prawą dłonią, na którą nałożyła gumową rękawiczkę.
- Witaj! – odparła z
udawanym entuzjazmem Vanessa. Jej oczy zabarwiły się na czerwono, a język
został ściśnięty z obu stron przez kły.
Dziewczyna podeszła
do swojej ofiary i pomogła jej sprzątać. Sprzątaczka nie wiedziała jeszcze, że
największy bałagan dopiero zrobią.
____________________________________________________________________________
OTO POCZĄTEK MOJEGO PIERWSZEGO, NA TYM BLOGU OPOWIADANIA. PROLOG DOŚĆ SPECYFICZNIE, BĘDZIE NAPISANY TROCHĘ PÓŹNIEJ.
MIŁEGO CZYTANIA I MAM NADZIEJE, ŻE DO ZOBACZENIA! :)
____________________________________________________________________________
OTO POCZĄTEK MOJEGO PIERWSZEGO, NA TYM BLOGU OPOWIADANIA. PROLOG DOŚĆ SPECYFICZNIE, BĘDZIE NAPISANY TROCHĘ PÓŹNIEJ.
MIŁEGO CZYTANIA I MAM NADZIEJE, ŻE DO ZOBACZENIA! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz