sobota, 28 listopada 2015

Poznajcie Vanesse

  W komnacie panował nieprzyjemny chłód oraz brak niezbędnego powietrza. Nie było okien przez, które mogłoby ono wpadać do pomieszczenia. Było go zdecydowanie za mało dla Vanessy. Po miesiącu przebywania w piwniczych korytarzach dziewczyny płuca przyzwyczaiły się. Nie sądziła, że to możliwe. Obecnie nie potrzebowała zbyt wiele, by żyć. Jeden posiłek na tydzień oraz codziennie jedna szklanka wody. Tyle Vanessa potrzebowała do przeżycia. Jej głównym źródłem życia stała się krew ofiar. Wiedziała, że z każdym mijającym miesiącem będzie potrzebowała jej coraz to więcej.
  Jej źródła otaczały ją ze wszystkich stron. Ludzie, zwani przez dziewczynę kontenerami , chodziły na ogół samotnie po korytarzach, przemieszczając się z pokoi do pokoju. Była to łatwa zdobycz. Wiedziała, że to na pewno za sprawą Marshalla, który zabronił chodzić w parach. Nie wspominając o grupowych przechadzkach.
  To dobry pomysł, aby służbą byli ludzie – pomyślała, któregoś dnia, rozkoszując się aromatycznym zapachem słodko – kwaśnej, ludzkiej krwi. 
  Przez cały tydzień nastolatka zachodziła w głowę, jak krwiodawcy oddychają. Odpowiedź otrzymała po dwóch tygodniach. Ukryła się zza rogiem ściany i obserwowała jak jej ofiara upada na podłogę atakowana przez falę kaszlu, która rosła z każdą sekundą. Kaszlała własną krwią, co podsyciło apetyt Vanessy.
  Człowiek był dwudziestoletnim chłopakiem. Codziennie rano przynosił do pokoju Vanessy świeżą i wypraną pościel, a starą zabierał do prania. Zawsze witał ją ciepłym uśmiechem. Jego oczy zdradzały jego chęć do życia. Wierzył, że dzięki tej pracy zarobi odpowiednio, aby było go stać na leki dla ciężko chorej siostry. Ufał swojemu pracodawcy. Był nieświadomy, że znalazł się w klatce zgłodniałych lwów. Ludzka naiwność potrafi zgubić.
  Nie wytrzymała dłużej Vanessa i podeszła do niego ochoczo. Stanęła tuż nad nim. Zastanawiała się jak bardzo może go boleć. Nie. Nie było czasu na rozkoszowanie się bólem. Trzeba korzystać póki krew jeszcze świeża.
  Chłopak na widok znajomej twarzy uśmiechnął się, po czym znów zwrócił głowę do ziemi i wykaszlał kolejną porcję bordowej krwi. Vanessie podobała się jego wiara w dobroduszność nieznajomych mu osób.
  - Pomóż mi… duszno… tak strasz….- ponowna fala kaszlu zaatakowała chłopaka nim zdążyła dokończyć swoje błagania.
  Jeremiasz, tak miał na imię. Przypomniała sobie na dźwięk jego głosu.  Dziewczyna postanowiła zabawić się ze swoją zdobyczą. Uwielbiała sprawiać ból, ale jeszcze bardziej wolała widzieć naiwność i nadzieje w oczach ludzi.
  - Co cię boli koteczku?  - spytała z udawaną, matczyną troską w głosie.
 - T-tutaj… - chłopak wskazał na klatkę piersiową, po czym runął na ziemię. Kaszel, nie. Krzyk bólu, opanował całego Jeremiasza.
 - Nie martw się. Za chwilę przestanie – odparła dziewczyna wyciągając swoją bladą i kościstą dłoń w stronę chłopaka.
 Dzisiejszego dnia nie ukryła swoich czarnych paznokci pod rękawiczkami. Chłopak jednak nie zwrócił na nie uwagi. Nie zauważył również jej czerwonych ślepi. Widział jej złudną dobroć.
  Mężczyznę nie trzeba było prosić drugi raz. Wyciągnął swoją prawą dłoń w jej stronę. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Zacisnął zęby i chwycił dłoń swojej wybawicielki najmocniej jak potrafił.
 - Dobrze. Dzielny jesteś kwiatuszku.
  Vanessa owinęła swoją dłoń wokół jego, z siłą węża boa. Mężczyzna cicho westchnął, lecz nie rozluźnił uścisku. Podciągnęła go do góry. Jeremiasz wydał z siebie głośny krzyk.
  Tak cholernie musi go boleć – pomyślała dziewczyna z uśmiechem na ustach.
  Chłopak stojąc na nogach, podtrzymywany za obie ręce, rękoma dziewczyny – jak szmaciana lalka zemdlał w ułamku sekundy.
  Dziewczyna zawiedzona podsunęła go pod ścianę. Jego nogi przyblokowała swoim kolanem, natomiast ręce przytrzymała swoimi. Czekała aż się ocuci. Wiedziała, że niebawem to nastąpi.  Po niecałej minucie z ust mężczyzny wydobył się kaszel, którym to pobrudził górę bluzki dziewczyny. Miała szczęście, że nikt nie kręcił się dzisiejszego dnia korytarzami.
 - Aniołku! Nie umieraj! – zawołała, gdy ten otworzył oczy. Na ustach chłopaka pojawił się radosny uśmiech, zaraz po tych samych ustach spłynęła płynna strużka apetycznej krwi.
  Dość tego. Czas na obiad – pomyślała zniecierpliwiona.
  - Wij się z bólu, krzycz, ale nie uciekaj. Pamiętaj, znajdę cię jeżeli uciekniesz i ukarzę – zagrzmiała srogo dziewczyna. Zamieniając swój słodki głos, na grobowy i chłodny ton. Jej zatroskane oczy zapłonęły z pragnienia, a czułe usta ukazały ostrą parę kieł.
 - C-co to?! Kim ty… - Chłopak nie zdążył dokończyć, gdy wtem Vanessa wbiła w sam środek jego tętnicy swoje kły. Krew ofiary kapała po jej brodzie, na podłogę.
  Mężczyzna starał się odepchnąć ją, lecz był zbyt słaby. Vanessę nawet to lekko rozbawiło. Cieszyła się że jej ofiara chodź trochę z nią powalczy. To było całkiem interesujące i podsycało jej pragnienie. Chłopak zaczął robić się coraz chłodniejszy. Czuła to doskonale. Wiedząc, że odchodzi oderwała się od niego, by szepnąć mu do ucha:
 - Miłego dnia Jeremiaszu – po tych słowach wyrwała ze wściekłością lwa skórę mężczyzny z jego prawej strony szyi, po czym łapczywym językiem zaczęła zlizywać krew z jego odsłoniętych żył tętniczych. Była taka pyszna. Niczym woda dla spragnionego. W następnej kolejności swoją prawą dłoń przyłożyła do wciąż bijącego pospiesznie serca, po czym wbiła swoje pazury pod skórę mężczyzny, by wyrwać wściekle je z klatki piersiowej. Jeszcze przez moment tętniło życiem w jej dłoniach, po czym zamarło w bez ruchu. Zjadła je łapczywie z wielkim apetytem. Jej oczy z kolei zapłonęły czerwienią.
  Jeremiasz nie zdążył nawet krzyknąć. Opadł po całym spektaklu na ziemię. Vanessa stanęła nad nim i cmoknęła, wracając do swojego dawnego ludzkiego wyglądu. Jej kły były znów niewidoczne, wróciły łagodne, czekoladowe oczy, a bladość na jej twarzy ukryły rumieńce, które pojawiły się na policzkach.
 - Zobacz jak nabrudziłeś. Suzanne będzie musiała teraz to wszystko posprzątać. Niedobrze – odparła, po czym oddaliła się od mężczyzny chwiejnym krokiem. Zbyt duża ilość krwi w jej organizmie wywołała u zawroty głowy. Było to jednak mimo wszystko przyjemne uczucie. Nareszcie nie czuła ścisku oraz suchości w swoim gardle. Jej ciało nie pulsowało już na zapach krwi, pozostało spokojne. Przynajmniej do następnego dnia., którego to znów poczuła znajome pragnienie i zapach unoszący się w powietrzu. Dopiero teraz dotarł do niej sens braku okien. Cały aromat uleciałby wtedy przez okno. To smutna i ponura myśl. Natomiast teraz mogła delektować się w samotności pyszną zdradziecką wonią. Czując, że nie wytrzyma dłużej wyszła ze swojego spokoju.
  Za następnym skrętem dojrzała sprzątaczkę ze ścierką w dłoni. Przecierała zakurzone obrazy. Na widok dziewczyny uśmiechnęła się radośnie.
 - Witam Panienkę! – pomachała prawą dłonią, na którą nałożyła gumową rękawiczkę.
 - Witaj! – odparła z udawanym entuzjazmem Vanessa. Jej oczy zabarwiły się na czerwono, a język został ściśnięty z obu stron przez kły.

  Dziewczyna podeszła do swojej ofiary i pomogła jej sprzątać. Sprzątaczka nie wiedziała jeszcze, że największy bałagan dopiero zrobią.
____________________________________________________________________________
OTO POCZĄTEK MOJEGO PIERWSZEGO, NA TYM BLOGU OPOWIADANIA. PROLOG DOŚĆ SPECYFICZNIE, BĘDZIE NAPISANY TROCHĘ PÓŹNIEJ.
MIŁEGO CZYTANIA I MAM NADZIEJE, ŻE DO ZOBACZENIA! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz