wtorek, 1 grudnia 2015

PROLOG

  Andrea, gdy się ocknęła nie była pewna, czy to nie jej bujna wyobraźnia. Nic nie widziała po otwarciu oczu. Nie mogła mówić, ponieważ jej usta zostały zakneblowane, czymś mokrym i dużym.  Dziewczyna nie potrafiła stwierdzić co dokładnie ma w ustach. Wiedziała, jednak że nie potrafi się tego pozbyć. Chciała się ruszyć, więc spróbowała unieść swoją prawą nogę. W tym samym momencie poczuła jak całe jej ciało zostaje ściskane przez mocną linę, która zaczynała się od jej kostek i szła w górę, aż po samą szyję. Gdyby Andrea ruszyła się mocniej, mogłaby się udusić. Postanowiła nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Jej umysł zaczął natomiast panikować. Chciała zobaczyć, gdzie się znalazła. Dowiedzieć się co się z nią działo zanim zemdlała. Nastolatka nic nie pamiętała, a jej głowa pulsowała boleśnie. Pod swoją pupą czuła zimną, kamienną podłogę, która nieprzyjemnie schładzała jej ciało. Na swoim ciele po paru sekundach poczuła gęsią skórkę. Chciała podkulić nogi, aby się ogrzać, jednak przypomniała sobie o skrępowanym ciele.
  W tle słyszała ciche kapanie wody, dzięki któremu mogła stwierdzić w jak wielkie jest pomieszczenie, w którym się znalazła. Stwierdziła, że ledwo mogłaby się w nim cała wyprostować, gdyż echo kapiącej wody, krótko utrzymywało się w pomieszczeniu.
  Dziewczyna po chwili również usłyszała odgłosy dobiegające ją z naprzeciwka. Pomyślała, że na pewno siedzi przed drzwiami, gdyż głosy dochodziły jakby zza ściany. Słyszała niewyraźnie czyjąś rozmowę, która za moment ucichła.
  Po paru minutach, a może godzinach, Andrea nie wiedziała jak długo czekała aż drzwi się otworzyły. Dostrzegła światło przed swoimi oczami. Poczuła również czyjąś obecność nad sobą. Wzdrygnęła się wystraszona. Nie wiedziała jeszcze z kim ma do czynienia.
  Nastolatka po chwili zorientowała się, że ku jej twarzy zmierza czyjąś dłoń. Dziewczyna nie zdążyła krzyknąć, gdy wtem została pozbawiona opaski, którą miała przed chwilą związaną na oczach. Westchnęła cicho z ulgą.
  Doskonale teraz widziała wszystko wkoło siebie. Czuła się dzięki temu pewniej i bezpieczniej. Chciała się rozejrzeć, jednak mężczyzna stojący przed nią wyraźnie czegoś od niej oczekiwał. Dziewczyna zauważyła, że pomieszczenie, w którym siedziała rzeczywiście było niewielkie. Od drzwi dzieliły ją jedynie dwa kroki.
  Prawdopodobny, porywacz dziewczyny obserwował ją z góry, po czym ukucnął przed nią. Dziewczyna chciała się cofnąć, kopnąć go, ugryźć, zrobić cokolwiek, by się uwolnić. Niestety więzły były zbyt mocne.
  Nieznajomy ponownie uniósł dłoń do jej twarzy i swoimi koniuszkami palców, delikatnie pogładził ją po jej śniadej cerze. Oddech dziewczyny przyspieszył. Przymrużyła oczy spodziewając się jakiegokolwiek uderzenia z jego strony. Nic takiego jednak nie zaszło. Mężczyzna po chwili wstał i wycofał się z ciasnego pomieszczenia. Zamykając drzwi uśmiechnął się do przerażonej dziewczyny.
  Andrea rzuciła swoim ciałem do przodu. Nie chciała znów zostawać tu sama. Od dziecka miała klaustrofobie. Przebywanie dla niej w takich warunkach to najokrutniejsze tortury. Po zamknięciu się drzwi, czuła jak zaczyna brakować jej powietrza. Była pewna, że się tutaj udusi. W pomieszczeniu nie było okien. Ściany zaczęły zbliżać się do siebie, a może tylko jej się zdawało? Nie, na pewno nie. Była pewna, że zaraz zostanie z niej jedynie martwe truchło.
  Dziewczyna czekała i czekała, trzęsąc się z zimna i przerażenia na powrót mężczyzny. Chciała wreszcie wyprostować swoje nogi, czuła jak jej drętwieją. Najpierw  czuła mrowienie w każdej ze swoich czterech kończyn, później jedynie mocny ból aż po czasie przestała odczuwać obecność swoich rąk i nóg.
  Dziewczyna przysypiała, opierając głowę o twardą ścianę za sobą. Budziła się ze stłumionym krzykiem na ustach, który zagłuszała szmata w jej ustach. Zdążyła już dawno wyschnąć przez co Andrea nie tylko była spanikowana, zmarznięta i obolała, ale i spragniona. Dziewczyna zaczęła w myślach modlić się własnymi słowami do własnego Boga, którego przed momentem wymyśliła.
  Rodzina nastolatki była ateistami, więc nie wiedziała do kogo miałaby obecnie zwrócić się o pomoc. Postanowiła pomodlić się po prostu do Boga, następującymi słowami:
  Boże, jeżeli rzeczywiście istniejesz uwolnij mnie!
Uwolnij mnie i daj mi na nowo wolność!
Już nigdy nie pokłócę się z rodzicami, babcią i tą małą wredną jedzą, tylko błagam uwolnij mnie!
Uwolnij! Uwolnij! – wołała błagalnie w myślach.
  Nie wiedziała, który był dzień, a tym bardziej godzina, gdy znów usłyszała kroki za drzwiami. Tym razem osoba na zewnątrz z nikim nie rozmawiała. Drzwi do jej pomieszczenia nagle otworzyły się głośno. Echo i otwarcie rozniosło się po całym korytarzy, który był na zewnątrz.
  Tym razem przed dziewczyną stanęła kobieta. Miała długie, kasztanowe włosy oraz jasną cerę. Jej oczy były czekoladowe i radosne. Andrea od razu im zaufała. Na widok nieznajomej poczuła nadzieje i radość. Sądziła, że dziewczyna na pewno przyszła jej z pomocą. Wyglądała na jej rówieśniczkę.
 Bóg mnie wysłuchał! – pomyślała z radością.
 - Moja biedna… chodź ze mną… dam ci wolność – odezwała się melodyjnym głosem nieznajoma. Andrea na dźwięk jej głosu rozpłynęła się wśród rozkoszy. Głos dziewczyny wydawał się być melodyjnym śpiewem skowronka. Bez wahania dała się rozwiązać dziewczynie.  
  Po wyprostowaniu swoich skostniałych nóg westchnęła z ulgą. Nieznajoma wyjęła z jej ust szmatę, dzięki czemu dziewczyna odzyskała, po czasie czucie w szczęce. Andrea kucnęła, aby wstać lecz zaraz zachwiała się na nogach. Nie potrafiła utrzymać równowagi. Jej nogi ścierpły boleśnie. Nieznajoma pomogła dziewczynie, przytrzymując ją w tali i pozwalając oprzeć się jej na swoim prawym ramieniu.
  Dziewczęta ruszył przed siebie ciemnym korytarzem, gdy wyszły z celi. Andrea nie odzywała się, słuchała jedynie swojej wybawicielki z przyjemnością. Brakowało jej obcego głosu, gdy siedziała sama w zamknięciu.
 - Źle trafiłaś. Parę dni i mogłabym zastać cię martwą – oznajmiła nieznajoma.
 Andrea wciąż nie wiedziała co się wydarzyło ani skąd się tu wzięła. Teraz jedynie zależało jej na jak najszybszej ucieczce z tego miejsca. Nie zwracała już uwagi na pragnienie i strach. Szła przed siebie, myśląc jedynie o wolności, która na nią czeka.
  Dziewczęta po dziesięciominutowym spacerze, po korytarzach piwnicy znalazły się przed schodami. Towarzyszka Andrei chciała ją zaprowadzić schodami na górę. Dziewczyna postawiła opór. Nie wiedziała dlaczego musi kierować się na górę, by wyjść z budynku.
  Nieznajoma dziewczyna, jakby czytała Andrei w myślach odpowiedziała jej natychmiast na pytanie:
 - Jesteśmy w piwnicy. Wyjście jest na parterze.
  Ruszyła po tych słowach znów przed siebie. Dziewczyna po wejściu na samą górę zmęczyła się okropnie. Musiała być w celi przez parę dni, gdyż czuła mocny głód i odwodnienie. Nim ruszyła dalej w kolejny, długi korytarz, który przywitał ją przed schodami, zaczerpnęła ustami głęboko powietrze. Obraz przed jej oczami zamazywał się.
  Nieznajoma ponagliła ją jednak, więc wbrew sobie ruszyła szybciej niż to zaplanowała. Wiedziała, że musi jeszcze trochę pocierpieć zanim otrzyma wymarzoną wolność. Była wdzięczna dziewczynie za trud jaki jej poświęca. Uznała, że na pewno naraża swoje życie dla niej. Była pewna, że ona również została tu w jakiś sposób przetrzymywana siłą. Widziała na odsłoniętych ramionach dziewczyny blizny. Chciała ją o to spytać, jednak ta ją wyprzedziła.
 - Nie bój się. Przy mnie jesteś bezpieczna – zapewniała, wciąż prowadząc, za rękę Andre. Dziewczyna po tych słowach rozluźniła się. Szła przed siebie ochoczo ufając w pełni nieznajomej.
  Ich tułaczka przez kręte korytarze zdawała się nie mieć końca. Andrea zdążyła naliczyć trzysta obrazów wiszących z obu stron na ścianach, które mijały podczas wędrówki. Jej siły z każdym krokiem słabły. Czuła jak jej płuca coraz ciężej oddychają. Dziewczyna zaczęła czuć niepokój, który narastał z każdą chwilą. Chciała się zatrzymać, jednak zdawała sobie sprawę, że jeżeli teraz staną mogą już nigdy stąd nie wyjść. Szła więc przed siebie zataczając się.
 - D-daleko jeszcze…? – spytała Andrea, kiedy czuła, że lada moment zemdleje.
  Nieznajoma stanęła na te słowa, dzięki czemu dziewczyna mogła odetchnąć.
 - W zasadzie już jesteśmy – odparła, ze słodkim uśmiechem na twarzy wybawicielka. Miała rację. Dziewczyny stały przed dębowymi i ogromnymi drzwiami. Wyglądały jak drzwi wejściowe. Andrea uśmiechnęła się. Po jej policzku spłynęły słone łzy. Wolność była tak blisko. Nieznajoma otworzyła drzwi, po czym weszła do środka pociągając mocna za nadgarstek Andre. Zamknęła za nimi szybko drzwi nie oglądając się nawet, czy ktoś ich nie śledził.
  Andrea ku swojemu zaskoczeniu znalazła się w komnacie, w której, na samym środku stał drewniany taboret.
 - Siadaj! – warknęła nieznajoma w jej stronę. Dziewczyna w jednej chwili z uroczego i kochanego aniołka przemieniła się w okrutną bestię. Jej głos nie przypominał już jakiegokolwiek śpiewu. Jej czekoladowe oczy zastąpiły czerwone i drapieżne ślepia. Kryło się w nich pożądanie, którego Andrea nie była w stanie zrozumieć. Usta nieznajomej wyłoniły parę ostrych kieł. Dziewczyna dostrzegła również znacznie dłuższe paznokcie swojej wybawicielki, która okazała się być… no właśnie czym?
  Andrea usiadła posłusznie, zadając sobie w głowie wciąż to samo pytanie. Kim jest osoba, która stoi przed nią? Dziewczyna dygocząc na ciele siedziała potulnie na twardym i zimnym krześle. Pomieszczenie było znacznie większe od celi, z której została uwolniona. Tutaj jednak również nie było okien.
  Nieznajoma podeszła do dziewczyny, po czym schyliła się, tak by ich czoła zetknęły się ze sobą. Dziewczyna czuła oddech swojej napastniczki na twarzy. Patrząc wprost w jej czerwone ślepia Andre ogarnął paniczny strach. Chciała uciec, jednak jej ciało stało się ciężkie, niczym potężny głaz. Nie miała odwagi nawet drgnąć.
  Nieznajoma po paru chwilach wyprostowała się, po czym zaczęła chodzić wkoło swojej zdobyczy.
 - Wiesz jak mnie zwą? – zaczęła dyskusję z Andreą. Ta z kolei nie miała pojęcia, co mogłaby odpowiedzieć. Jej gardło ściskał strach. Odważyła się na nieśmiałe pokręcenie głową.
 - Łowczyni dusz. Wygląda na to, że będę musiała cię nauczyć lekcji dobrego wychowania.
  Łowczyni, gdy stanęła za plecami Andrei, po dziesiątym okrążeniu, wymierzyła w jej głowę mocny cios swoją pięścią. Dziewczyna zachwiała się na krześle. Nie spadła jednak. Towarzyszka przytrzymała ją od tyłu za barki, po czym nachyliła się nad jej uchem, by szepnąć:
 - Krzycz najgłośniej jak potrafisz aniołku.
  Andrea nie rozumiejąc nic z jej słów podniosła swoją głowę. Zdołała znów samodzielnie usiedzieć na krześle. Łowczyni odsunęła się od niej, po czym jednym zamachem rozerwała skórę na plecach dziewczyny.
  Andrea wrzasnęła przeciągle. Dźwięk ten wydobył się prosto z jej wnętrza. Sama była nim zaskoczona.
 - Bardzo dobrze – pochwaliła ją dziewczyna stając nad jej głową. Swoje zakrwawione dłonie położyła na ramionach dziewczyny, mocno wgniatając ją w siedzenie, swoimi ciężkimi rękoma. Andrea wystraszyła się czując jej dotyk na sobie. Ból pleców przerodził się w ostre pieczenie. Potrafiła go, jednak znieść po pewnym czasie. Jej jęki przerodziły się w głębokie i szybkie oddechy.
  Łowczyni zrobiła jedno, potem drugie i trzecie okrążenie, po czym stanęła naprzeciw swojej ofiary – tak, by ta mogła dostrzec jej spojrzenie. Andrea tym razem nic w nim nie ujrzała. Było bez najmniejszych emocji. Przestraszona wstała pospiesznie z taboretu i pobiegła w stronę drzwi ignorując ból, który przeszywał całe jej plecy. Dziewczyna zawisła na klamce nieruchomo. Drzwi były zamknięte i nie miała sił, aby je otworzyć. Przeklęła myślach swoją bezradność.
  Łowczyni zaczęła zbliżać się do uciekinierki powolnymi krokami. Każdy z nich wydawał cichy dźwięk, który niepokoił Andre. Wciąż była odwrócona twarzą do drzwi, gdy wtem została kopnięta w żebra silnym butem dziewczyny.
  Andrea upadła na ziemię. Z jej ust wydobył się cichy kaszel, z którym wypluła na ziemię, niewielką ilość krwi. Teraz nie tylko bolały ją plecy, ale i klatka piersiowa. Dziewczyna zaczęła łkać przerażona. Nie miała nawet siły, by błagać o pomoc.
 - Następnym razem wyrwę ci te twoje rączki, jeżeli znów spróbujesz ucieczki – oznajmiła spokojnym tonem łowczyni. Powiedziała to w sposób, jakby co najmniej mówiła : Andreo ładnie wyglądasz!
  Dziewczyna chwyciła swoją ofiarę za nadgarstki, gniotąc przy tym jej kości. Obie usłyszały cichy odgłos łamania. Zaraz zagłuszył je krzyk dziewczyny, która została pociągnięta po plecach, po podłodze za ręce z powrotem na taboret, z którego ściekała świeża krew.
  Andrea, gdy już znów siedziała dostrzegła przed sobą grubą i nierówną linię świeżej, lepkiej cieczy. Jej plecy pulsowały bólem, a ręce zaczynały sinieć w miejscu, gdzie została chwycona przez dziewczynę. Najmniejszy ból wywoływały żebra.
  Andrea płakała bezgłośnie. Katar ściekał z jej nosa, a po plecach wciąż spływała bordowa krew, brudząc ciuchy dziewczyny i taboret.
 - No dobrze. Powiedz mi coś… to twoja ostatni szansa – odezwała się łowczyni stając znów naprzeciw dziewczyny. Andrea nie rozumiejąc jej zamiarów wytarła swoje mokre od łez oczy, po czym otworzyła usta. Nie wydobył się z nich, jednak żaden dźwięk. Nie potrafiła mówić. Była zbyt przerażona i obolała, aby cokolwiek powiedzieć.
  Dziewczyna stojąca przed nią przewróciła oczami, po czym położyła swoje obie dłonie przy jej ustach. Wyglądała na znudzoną.
 - C-co ty… - zaczęła Andrea, lecz dziewczyna uciszyła ją, kładąc na jej ustach wskazujący palec.
 - Sądziłaś, że naprawdę przyszłam cię uwolnić? – zaczęła łowczyni. Mimo sprzeciwów, włożyła do ust dziewczyny swoją prawą dłoń. – Na jakim ty świecie żyjesz – jej dłoń wędrowała coraz to głębiej.
- Mam na imię Vanessa, a ty jesteś jedynie śmieciem tego świata – palce dziewczyny chwyciły śliski język. Andrea Chciała z nią walczyć jednak na nic zdały się jej wysiłki.
  Vanessa przytrzymała jedną dłonią dziewczyna za szyję, a drugą zaciskała coraz to mocniej palce na języku. Wyglądała na odprężoną, a mówiąc sprawiała wrażenie matki, która opowiada swojemu dziecku bajkę. – Śmieciem, które ma obowiązek oddać mi swoją duszę – ręce Vanessy znieruchomiały, a oczy Andre rozszerzyły się przerażone. Wiedziała już co ją czeka.
  Dziewczyna psychicznie zaczęła przygotowywać się na ból, jaki zaraz odczuje. Nie była jednak pewna, czy człowiek może być gotowy na ból.
 - Więc przestań się opierać! – warknęła zaciekle Vanessa i w tym samym momencie mocnym pociągnięciem wydobyła z ust dziewczyny swoją dłoń, zaciśniętą wokół zakrwawionego języka.
  Andrea wrzasnęła ochryple. Jej oczy zaszły Łazami. Czuła silny ból i pieczenie ostre pieczenie, dzięki któremu zemdlała.
  Ocknęła się leżąc na chłodnej ziemi. Leżała wśród krwi. Z jej ust wypływała bordowa ciecz. W ustach czuła metaliczny posmak oraz znów ten okropny, pulsujący ból. Poderwała się do góry, kaszląc przy tym głośno. Wiedziała, że aby się nie udusić musi cały czas patrzeć w ziemię. Inaczej zachłystnęła by się własną krwią. Chciała znów zemdleć. Andrea w tej pozycji nie mogła dostrzec Vanessy, która podeszła do niej. Dziewczyna dotknęła rękoma jej butów. Vanessa przygniotła jej głowę prawą stopą, po czym kopnęła lewą, prosto w jej twarz, jak piłką. Andrea poleciała wprost na ścianę, na której to wylądowała plecami. Opadając na ziemię, pozostawiła na ścianie krwawy, rozmazany, bordowy ślad.
 - Jesteś beznadziejna – westchnęła Vanessa, patrząc na swoją ofiarę.
  Łowczyni nie czekając dłużej podeszła do dziewczyny, uklękła przed nią, po czym nachylając się nad jej ustami wchłonęła jej duszę, która była czarniejsza od wszystkich jakie do tej pory miała okazję próbować.  
  Po odebraniu swojej własności Vanessa skierowała się w stronę drzwi.
 - Tyle bałaganu przy jednej, małej dziewczynce. Posprzątaj tu nim wrócę – powiedziała łowczynie wychodząc.

  Andrea rozpłakała się po wyjściu dziewczyny, po czym ponownie zemdlała. 
_____________________________________________________________________________
WITAM! OTO OBIECANY PROLOG. ZAPRASZAM DO CZYTANIA! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz