Andrea, gdy się
ocknęła nie była pewna, czy to nie jej bujna wyobraźnia. Nic nie widziała po
otwarciu oczu. Nie mogła mówić, ponieważ jej usta zostały zakneblowane, czymś
mokrym i dużym. Dziewczyna nie potrafiła
stwierdzić co dokładnie ma w ustach. Wiedziała, jednak że nie potrafi się tego
pozbyć. Chciała się ruszyć, więc spróbowała unieść swoją prawą nogę. W tym
samym momencie poczuła jak całe jej ciało zostaje ściskane przez mocną linę,
która zaczynała się od jej kostek i szła w górę, aż po samą szyję. Gdyby Andrea
ruszyła się mocniej, mogłaby się udusić. Postanowiła nie wykonywać żadnych gwałtownych
ruchów. Jej umysł zaczął natomiast panikować. Chciała zobaczyć, gdzie się
znalazła. Dowiedzieć się co się z nią działo zanim zemdlała. Nastolatka nic nie
pamiętała, a jej głowa pulsowała boleśnie. Pod swoją pupą czuła zimną, kamienną
podłogę, która nieprzyjemnie schładzała jej ciało. Na swoim ciele po paru
sekundach poczuła gęsią skórkę. Chciała podkulić nogi, aby się ogrzać, jednak
przypomniała sobie o skrępowanym ciele.
W tle słyszała ciche
kapanie wody, dzięki któremu mogła stwierdzić w jak wielkie jest pomieszczenie,
w którym się znalazła. Stwierdziła, że ledwo mogłaby się w nim cała
wyprostować, gdyż echo kapiącej wody, krótko utrzymywało się w pomieszczeniu.
Dziewczyna po chwili
również usłyszała odgłosy dobiegające ją z naprzeciwka. Pomyślała, że na pewno
siedzi przed drzwiami, gdyż głosy dochodziły jakby zza ściany. Słyszała
niewyraźnie czyjąś rozmowę, która za moment ucichła.
Po paru minutach, a
może godzinach, Andrea nie wiedziała jak długo czekała aż drzwi się otworzyły.
Dostrzegła światło przed swoimi oczami. Poczuła również czyjąś obecność nad
sobą. Wzdrygnęła się wystraszona. Nie wiedziała jeszcze z kim ma do czynienia.
Nastolatka po chwili
zorientowała się, że ku jej twarzy zmierza czyjąś dłoń. Dziewczyna nie zdążyła
krzyknąć, gdy wtem została pozbawiona opaski, którą miała przed chwilą związaną
na oczach. Westchnęła cicho z ulgą.
Doskonale teraz
widziała wszystko wkoło siebie. Czuła się dzięki temu pewniej i bezpieczniej. Chciała
się rozejrzeć, jednak mężczyzna stojący przed nią wyraźnie czegoś od niej
oczekiwał. Dziewczyna zauważyła, że pomieszczenie, w którym siedziała
rzeczywiście było niewielkie. Od drzwi dzieliły ją jedynie dwa kroki.
Prawdopodobny,
porywacz dziewczyny obserwował ją z góry, po czym ukucnął przed nią. Dziewczyna
chciała się cofnąć, kopnąć go, ugryźć, zrobić cokolwiek, by się uwolnić. Niestety
więzły były zbyt mocne.
Nieznajomy ponownie
uniósł dłoń do jej twarzy i swoimi koniuszkami palców, delikatnie pogładził ją
po jej śniadej cerze. Oddech dziewczyny przyspieszył. Przymrużyła oczy
spodziewając się jakiegokolwiek uderzenia z jego strony. Nic takiego jednak nie
zaszło. Mężczyzna po chwili wstał i wycofał się z ciasnego pomieszczenia.
Zamykając drzwi uśmiechnął się do przerażonej dziewczyny.
Andrea rzuciła swoim
ciałem do przodu. Nie chciała znów zostawać tu sama. Od dziecka miała
klaustrofobie. Przebywanie dla niej w takich warunkach to najokrutniejsze
tortury. Po zamknięciu się drzwi, czuła jak zaczyna brakować jej powietrza.
Była pewna, że się tutaj udusi. W pomieszczeniu nie było okien. Ściany zaczęły
zbliżać się do siebie, a może tylko jej się zdawało? Nie, na pewno nie. Była
pewna, że zaraz zostanie z niej jedynie martwe truchło.
Dziewczyna czekała i
czekała, trzęsąc się z zimna i przerażenia na powrót mężczyzny. Chciała
wreszcie wyprostować swoje nogi, czuła jak jej drętwieją. Najpierw czuła mrowienie w każdej ze swoich czterech
kończyn, później jedynie mocny ból aż po czasie przestała odczuwać obecność
swoich rąk i nóg.
Dziewczyna
przysypiała, opierając głowę o twardą ścianę za sobą. Budziła się ze stłumionym
krzykiem na ustach, który zagłuszała szmata w jej ustach. Zdążyła już dawno
wyschnąć przez co Andrea nie tylko była spanikowana, zmarznięta i obolała, ale
i spragniona. Dziewczyna zaczęła w myślach modlić się własnymi słowami do
własnego Boga, którego przed momentem wymyśliła.
Rodzina nastolatki
była ateistami, więc nie wiedziała do kogo miałaby obecnie zwrócić się o pomoc.
Postanowiła pomodlić się po prostu do Boga, następującymi słowami:
Boże, jeżeli
rzeczywiście istniejesz uwolnij mnie!
Uwolnij mnie i daj mi na nowo wolność!
Już nigdy nie pokłócę się z rodzicami, babcią i tą małą
wredną jedzą, tylko błagam uwolnij mnie!
Uwolnij! Uwolnij! – wołała błagalnie w myślach.
Nie wiedziała, który
był dzień, a tym bardziej godzina, gdy znów usłyszała kroki za drzwiami. Tym
razem osoba na zewnątrz z nikim nie rozmawiała. Drzwi do jej pomieszczenia
nagle otworzyły się głośno. Echo i otwarcie rozniosło się po całym korytarzy,
który był na zewnątrz.
Tym razem przed
dziewczyną stanęła kobieta. Miała długie, kasztanowe włosy oraz jasną cerę. Jej
oczy były czekoladowe i radosne. Andrea od razu im zaufała. Na widok
nieznajomej poczuła nadzieje i radość. Sądziła, że dziewczyna na pewno przyszła
jej z pomocą. Wyglądała na jej rówieśniczkę.
Bóg mnie wysłuchał! –
pomyślała z radością.
- Moja biedna… chodź
ze mną… dam ci wolność – odezwała się melodyjnym głosem nieznajoma. Andrea na
dźwięk jej głosu rozpłynęła się wśród rozkoszy. Głos dziewczyny wydawał się być
melodyjnym śpiewem skowronka. Bez wahania dała się rozwiązać dziewczynie.
Po wyprostowaniu
swoich skostniałych nóg westchnęła z ulgą. Nieznajoma wyjęła z jej ust szmatę,
dzięki czemu dziewczyna odzyskała, po czasie czucie w szczęce. Andrea kucnęła,
aby wstać lecz zaraz zachwiała się na nogach. Nie potrafiła utrzymać równowagi.
Jej nogi ścierpły boleśnie. Nieznajoma pomogła dziewczynie, przytrzymując ją w
tali i pozwalając oprzeć się jej na swoim prawym ramieniu.
Dziewczęta ruszył
przed siebie ciemnym korytarzem, gdy wyszły z celi. Andrea nie odzywała się,
słuchała jedynie swojej wybawicielki z przyjemnością. Brakowało jej obcego
głosu, gdy siedziała sama w zamknięciu.
- Źle trafiłaś. Parę
dni i mogłabym zastać cię martwą – oznajmiła nieznajoma.
Andrea wciąż nie
wiedziała co się wydarzyło ani skąd się tu wzięła. Teraz jedynie zależało jej
na jak najszybszej ucieczce z tego miejsca. Nie zwracała już uwagi na pragnienie
i strach. Szła przed siebie, myśląc jedynie o wolności, która na nią czeka.
Dziewczęta po
dziesięciominutowym spacerze, po korytarzach piwnicy znalazły się przed
schodami. Towarzyszka Andrei chciała ją zaprowadzić schodami na górę.
Dziewczyna postawiła opór. Nie wiedziała dlaczego musi kierować się na górę, by
wyjść z budynku.
Nieznajoma
dziewczyna, jakby czytała Andrei w myślach odpowiedziała jej natychmiast na
pytanie:
- Jesteśmy w piwnicy.
Wyjście jest na parterze.
Ruszyła po tych
słowach znów przed siebie. Dziewczyna po wejściu na samą górę zmęczyła się
okropnie. Musiała być w celi przez parę dni, gdyż czuła mocny głód i
odwodnienie. Nim ruszyła dalej w kolejny, długi korytarz, który przywitał ją
przed schodami, zaczerpnęła ustami głęboko powietrze. Obraz przed jej oczami zamazywał
się.
Nieznajoma ponagliła
ją jednak, więc wbrew sobie ruszyła szybciej niż to zaplanowała. Wiedziała, że
musi jeszcze trochę pocierpieć zanim otrzyma wymarzoną wolność. Była wdzięczna
dziewczynie za trud jaki jej poświęca. Uznała, że na pewno naraża swoje życie
dla niej. Była pewna, że ona również została tu w jakiś sposób przetrzymywana
siłą. Widziała na odsłoniętych ramionach dziewczyny blizny. Chciała ją o to
spytać, jednak ta ją wyprzedziła.
- Nie bój się. Przy
mnie jesteś bezpieczna – zapewniała, wciąż prowadząc, za rękę Andre. Dziewczyna
po tych słowach rozluźniła się. Szła przed siebie ochoczo ufając w pełni
nieznajomej.
Ich tułaczka przez
kręte korytarze zdawała się nie mieć końca. Andrea zdążyła naliczyć trzysta
obrazów wiszących z obu stron na ścianach, które mijały podczas wędrówki. Jej
siły z każdym krokiem słabły. Czuła jak jej płuca coraz ciężej oddychają.
Dziewczyna zaczęła czuć niepokój, który narastał z każdą chwilą. Chciała się
zatrzymać, jednak zdawała sobie sprawę, że jeżeli teraz staną mogą już nigdy
stąd nie wyjść. Szła więc przed siebie zataczając się.
- D-daleko jeszcze…?
– spytała Andrea, kiedy czuła, że lada moment zemdleje.
Nieznajoma stanęła
na te słowa, dzięki czemu dziewczyna mogła odetchnąć.
- W zasadzie już
jesteśmy – odparła, ze słodkim uśmiechem na twarzy wybawicielka. Miała rację.
Dziewczyny stały przed dębowymi i ogromnymi drzwiami. Wyglądały jak drzwi
wejściowe. Andrea uśmiechnęła się. Po jej policzku spłynęły słone łzy. Wolność
była tak blisko. Nieznajoma otworzyła drzwi, po czym weszła do środka
pociągając mocna za nadgarstek Andre. Zamknęła za nimi szybko drzwi nie oglądając
się nawet, czy ktoś ich nie śledził.
Andrea ku swojemu
zaskoczeniu znalazła się w komnacie, w której, na samym środku stał drewniany
taboret.
- Siadaj! – warknęła
nieznajoma w jej stronę. Dziewczyna w jednej chwili z uroczego i kochanego
aniołka przemieniła się w okrutną bestię. Jej głos nie przypominał już
jakiegokolwiek śpiewu. Jej czekoladowe oczy zastąpiły czerwone i drapieżne
ślepia. Kryło się w nich pożądanie, którego Andrea nie była w stanie zrozumieć.
Usta nieznajomej wyłoniły parę ostrych kieł. Dziewczyna dostrzegła również
znacznie dłuższe paznokcie swojej wybawicielki, która okazała się być… no
właśnie czym?
Andrea usiadła
posłusznie, zadając sobie w głowie wciąż to samo pytanie. Kim jest osoba, która
stoi przed nią? Dziewczyna dygocząc na ciele siedziała potulnie na twardym i
zimnym krześle. Pomieszczenie było znacznie większe od celi, z której została
uwolniona. Tutaj jednak również nie było okien.
Nieznajoma podeszła
do dziewczyny, po czym schyliła się, tak by ich czoła zetknęły się ze sobą.
Dziewczyna czuła oddech swojej napastniczki na twarzy. Patrząc wprost w jej
czerwone ślepia Andre ogarnął paniczny strach. Chciała uciec, jednak jej ciało
stało się ciężkie, niczym potężny głaz. Nie miała odwagi nawet drgnąć.
Nieznajoma po paru
chwilach wyprostowała się, po czym zaczęła chodzić wkoło swojej zdobyczy.
- Wiesz jak mnie zwą?
– zaczęła dyskusję z Andreą. Ta z kolei nie miała pojęcia, co mogłaby
odpowiedzieć. Jej gardło ściskał strach. Odważyła się na nieśmiałe pokręcenie
głową.
- Łowczyni dusz.
Wygląda na to, że będę musiała cię nauczyć lekcji dobrego wychowania.
Łowczyni, gdy
stanęła za plecami Andrei, po dziesiątym okrążeniu, wymierzyła w jej głowę
mocny cios swoją pięścią. Dziewczyna zachwiała się na krześle. Nie spadła
jednak. Towarzyszka przytrzymała ją od tyłu za barki, po czym nachyliła się nad
jej uchem, by szepnąć:
- Krzycz najgłośniej
jak potrafisz aniołku.
Andrea nie
rozumiejąc nic z jej słów podniosła swoją głowę. Zdołała znów samodzielnie
usiedzieć na krześle. Łowczyni odsunęła się od niej, po czym jednym zamachem
rozerwała skórę na plecach dziewczyny.
Andrea wrzasnęła
przeciągle. Dźwięk ten wydobył się prosto z jej wnętrza. Sama była nim
zaskoczona.
- Bardzo dobrze –
pochwaliła ją dziewczyna stając nad jej głową. Swoje zakrwawione dłonie
położyła na ramionach dziewczyny, mocno wgniatając ją w siedzenie, swoimi
ciężkimi rękoma. Andrea wystraszyła się czując jej dotyk na sobie. Ból pleców
przerodził się w ostre pieczenie. Potrafiła go, jednak znieść po pewnym czasie.
Jej jęki przerodziły się w głębokie i szybkie oddechy.
Łowczyni zrobiła
jedno, potem drugie i trzecie okrążenie, po czym stanęła naprzeciw swojej
ofiary – tak, by ta mogła dostrzec jej spojrzenie. Andrea tym razem nic w nim
nie ujrzała. Było bez najmniejszych emocji. Przestraszona wstała pospiesznie z
taboretu i pobiegła w stronę drzwi ignorując ból, który przeszywał całe jej
plecy. Dziewczyna zawisła na klamce nieruchomo. Drzwi były zamknięte i nie
miała sił, aby je otworzyć. Przeklęła myślach swoją bezradność.
Łowczyni zaczęła
zbliżać się do uciekinierki powolnymi krokami. Każdy z nich wydawał cichy
dźwięk, który niepokoił Andre. Wciąż była odwrócona twarzą do drzwi, gdy wtem
została kopnięta w żebra silnym butem dziewczyny.
Andrea upadła na
ziemię. Z jej ust wydobył się cichy kaszel, z którym wypluła na ziemię, niewielką
ilość krwi. Teraz nie tylko bolały ją plecy, ale i klatka piersiowa. Dziewczyna
zaczęła łkać przerażona. Nie miała nawet siły, by błagać o pomoc.
- Następnym razem
wyrwę ci te twoje rączki, jeżeli znów spróbujesz ucieczki – oznajmiła spokojnym
tonem łowczyni. Powiedziała to w sposób, jakby co najmniej mówiła : Andreo
ładnie wyglądasz!
Dziewczyna chwyciła
swoją ofiarę za nadgarstki, gniotąc przy tym jej kości. Obie usłyszały cichy
odgłos łamania. Zaraz zagłuszył je krzyk dziewczyny, która została pociągnięta po
plecach, po podłodze za ręce z powrotem na taboret, z którego ściekała świeża krew.
Andrea, gdy już znów
siedziała dostrzegła przed sobą grubą i nierówną linię świeżej, lepkiej cieczy.
Jej plecy pulsowały bólem, a ręce zaczynały sinieć w miejscu, gdzie została
chwycona przez dziewczynę. Najmniejszy ból wywoływały żebra.
Andrea płakała
bezgłośnie. Katar ściekał z jej nosa, a po plecach wciąż spływała bordowa krew,
brudząc ciuchy dziewczyny i taboret.
- No dobrze. Powiedz
mi coś… to twoja ostatni szansa – odezwała się łowczyni stając znów naprzeciw
dziewczyny. Andrea nie rozumiejąc jej zamiarów wytarła swoje mokre od łez oczy,
po czym otworzyła usta. Nie wydobył się z nich, jednak żaden dźwięk. Nie
potrafiła mówić. Była zbyt przerażona i obolała, aby cokolwiek powiedzieć.
Dziewczyna stojąca
przed nią przewróciła oczami, po czym położyła swoje obie dłonie przy jej
ustach. Wyglądała na znudzoną.
- C-co ty… - zaczęła
Andrea, lecz dziewczyna uciszyła ją, kładąc na jej ustach wskazujący palec.
- Sądziłaś, że
naprawdę przyszłam cię uwolnić? – zaczęła łowczyni. Mimo sprzeciwów, włożyła do
ust dziewczyny swoją prawą dłoń. – Na jakim ty świecie żyjesz – jej dłoń
wędrowała coraz to głębiej.
- Mam na imię Vanessa, a ty jesteś jedynie śmieciem tego
świata – palce dziewczyny chwyciły śliski język. Andrea Chciała z nią walczyć
jednak na nic zdały się jej wysiłki.
Vanessa przytrzymała
jedną dłonią dziewczyna za szyję, a drugą zaciskała coraz to mocniej palce na
języku. Wyglądała na odprężoną, a mówiąc sprawiała wrażenie matki, która
opowiada swojemu dziecku bajkę. – Śmieciem, które ma obowiązek oddać mi swoją
duszę – ręce Vanessy znieruchomiały, a oczy Andre rozszerzyły się przerażone.
Wiedziała już co ją czeka.
Dziewczyna
psychicznie zaczęła przygotowywać się na ból, jaki zaraz odczuje. Nie była
jednak pewna, czy człowiek może być gotowy na ból.
- Więc przestań się
opierać! – warknęła zaciekle Vanessa i w tym samym momencie mocnym
pociągnięciem wydobyła z ust dziewczyny swoją dłoń, zaciśniętą wokół
zakrwawionego języka.
Andrea wrzasnęła
ochryple. Jej oczy zaszły Łazami. Czuła silny ból i pieczenie ostre pieczenie, dzięki
któremu zemdlała.
Ocknęła się leżąc na
chłodnej ziemi. Leżała wśród krwi. Z jej ust wypływała bordowa ciecz. W ustach
czuła metaliczny posmak oraz znów ten okropny, pulsujący ból. Poderwała się do
góry, kaszląc przy tym głośno. Wiedziała, że aby się nie udusić musi cały czas
patrzeć w ziemię. Inaczej zachłystnęła by się własną krwią. Chciała znów zemdleć.
Andrea w tej pozycji nie mogła dostrzec Vanessy, która podeszła do niej.
Dziewczyna dotknęła rękoma jej butów. Vanessa przygniotła jej głowę prawą
stopą, po czym kopnęła lewą, prosto w jej twarz, jak piłką. Andrea poleciała
wprost na ścianę, na której to wylądowała plecami. Opadając na ziemię,
pozostawiła na ścianie krwawy, rozmazany, bordowy ślad.
- Jesteś beznadziejna
– westchnęła Vanessa, patrząc na swoją ofiarę.
Łowczyni nie
czekając dłużej podeszła do dziewczyny, uklękła przed nią, po czym nachylając
się nad jej ustami wchłonęła jej duszę, która była czarniejsza od wszystkich
jakie do tej pory miała okazję próbować.
Po odebraniu swojej własności Vanessa skierowała
się w stronę drzwi.
- Tyle bałaganu przy jednej,
małej dziewczynce. Posprzątaj tu nim wrócę – powiedziała łowczynie wychodząc.
Andrea rozpłakała się po wyjściu dziewczyny, po
czym ponownie zemdlała.
_____________________________________________________________________________
WITAM! OTO OBIECANY PROLOG. ZAPRASZAM DO CZYTANIA!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz